Idealnie!
– powiedziałam sobie w duchu, patrząc na swoje odbicie w lustrze, kiedy
skończyłam wykonywanie swojego makijażu. Dzisiejszego dnia zdecydowałam się na
najzwyklejsze, czarne kreski, wykonane z drobną pomocą eyelinera i pogrubione
odpowiednim tuszem, rzęsy. Osobiście, byłam jedną z tak wielu dziewczyn, które
bardzo dużą wagę, przywiązywały do swojego wyglądu. Szczerze powiedziawszy, za dużą. Wykonywanie makijażu było dla mnie
rutyną, odkąd skończyłam szesnaście lat. Może i nie przedobrzałam z nakładaniem
kosmetyków o magicznych właściwościach, co po niektórzy, ale z pewnością nie
ruszyłabym się bez niego z domu na krok.
Spoglądając tak jeszcze przez chwilę w lusterko mojej toaletki, zauważyłam, że nie jestem sama, na co nie zwróciłam wcześniej uwagi, przez skoncentrowanie całej swojej uwagi na czynności, wykonywanej przed momentem.
- Czego chcesz?! – spytałam Chealsy, ze śmiechem. – Rodzicie ci nie mówili, że nie ładnie jest się zakradać do czyjegoś pokoju? – dodałam po chwili, odwracając się do niej przodem.
- Widocznie to przeoczyli. – powiedziała, wzruszając ramionami. – A tobie nie powiedzieli, że dla każdego człowieka trzeba był miłymi, a w szczególności do najlepszej przyjaciółki?
- Przecież zawsze jestem miła dla Rosalie i Scarlett. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby się na to żaliły. – odpowiedziałam na pytanie zadane przez blondynkę i wytknęłam jej język.
- Dobrze! Nie będę się do ciebie w ogóle odzywać! – oznajmiła, ledwo co powstrzymując śmiech i robiąc naburmuszoną minę, wyszła z mojego królestwa, trzaskając drzwiami.
- Dla mnie bomba! – odkrzyknęłam. Niedługo mi dane było czekać na reakcję ze strony jednej z moich współlokatorek.
- Będziesz małpo czegoś kiedyś chciała! – na wypowiedziane przez nią słowa, zaśmiałam się pod nosem i ostatni raz spoglądając w lustro, wstałam z krzesła i podążyłam w kierunku drewnianych drzwi.
Woń smażonych naleśników, roznosiła się nie tylko w kuchni. Już schodząc krętymi schodami, dobiegł mnie ten miły dla nosa zapach, który od razu sprawił, że poczułam jeszcze większą potrzebę spożycia najważniejszego posiłku dnia. Przekraczając próg kuchenny, rozkoszując się intensywniejszym, niż w pozostałych częściach domu, zapachem, rozglądnęłam się dokładnie po pomieszczeniu. Siedząca na kuchennym blacie Scarlett, zawzięcie rozmawiała o czymś z Rosalie, która z kolei smażyła uwielbiany przez całą naszą czwórkę przysmak. Jedyną osobą jaka zauważyła, że weszłam do pomieszczenia była Chealsy, która patrzyła na mnie z przymrużonymi oczyma, robiąc przy tym dziwne miny.
Niebo w gębie. To były jedyne, trafne słowa opisujące co czułam z każdym kolejnym kęsem. Zresztą, kto by się oparł takim słodkością jak czekolada, delikatna dla podniebienia, bita śmietana z kawałkami bananów i truskawkami?
Wypowiadając zwykłe dziękuję, wstałam od stołu i wkładając talerz do zmywarki, skierowałam się w stronę holu, gdzie po dojściu założyłam czarne balerinki i już chciałam wychodzić, gdy dobiegł mnie głos Scarlett.
- Idziesz się przejść? – spytała, a ja skinęłam lekko głową. – W takim razie, jeśli nie masz nic przeciwko, dotrzymam ci towarzystwa. – powiedziała, a ja uśmiechnęłam się do niej lekko.
- I jak ci się podoba w Los Angeles? – zadałam pytanie, kiedy przeszłyśmy granicę naszej posesji.
- Prawda jest taka, że z początku tęskniłam za Nowym Jorkiem, znajomymi, a także rodziną, jednak cały czas cieszyłam się ze wspólnego mieszkania z wami. Poza tym po upływie miesiąca przyzwyczaiłam się do kalifornijskiego klimatu Los Angeles oraz śpiewania Chealsy pod prysznicem. – powiedziała, po czym obie zaśmiałyśmy się.
Dobrze jest mieć przy sobie najlepszych przyjaciół, chociaż zawsze trudno jest ich znaleźć, a następnie określić, czy jest to godna osoba, której powierzysz najskrytsze sekrety, a także wyżalisz się z każdego, nawet najbanalniejszego, problemu, jak również podzielisz się swoim uśmiechem. Osobiście, sama uświadamiam to sobie każdego dnia, nawet pod czas zwykłego spaceru po najbliższej okolicy.
- Ziemia do Jess! – usłyszałam w moim lewym uchu, dobrze znany mi głos Scarlett, który przerwał moje rozważania na temat dotyczący zarówno jej, mnie oraz nieobecnych z nami dziewczyn.
- Co się stało? – spytałam i odwracając głowę w jej stronę spoglądnęłam na przyjaciółkę.
- Spójrz. Czy idący przeciw nam dwaj chłopcy, nie należą czasem do ubóstwianego przez ciebie zespołu? – zadała pytanie, prawie, że szepcząc. Delikatnie odwróciłam głowę, tym samym spoglądając przed siebie. Rzeczywiście! Ku nam zmierzali Louis i Liam. Radość, która rozpierała mnie od środka, była w tym momencie czymś nie do opisania. W końcu, po przejściu paru metrów, czekało jedno z moich największych, któremu los dał szansę się spełnić, co w dużym stopniu zależało teraz tylko i wyłącznie ode mnie.
- Wybacz Scarlett. – szepnęłam przyjaciółce, nawet na nią nie spoglądając. Szatynka nawet nie zdążyła spytać o co mi chodzi, gdyż potykając się o, dyskretnie podstawioną jej moją nogę, wylądowała na ziemi. – Scarlett! Nic ci nie jest? – spytałam, z udawaną troską. Nie minęły dwie sekundy, kiedy przy nas zjawili się dwaj przystojni chłopcy, z nieukrywaną chęcią pomocy.
- Wszystko w porządku? – spytał Liam, przykucając przy dziewczynie. Cały on. Czuły, troskliwy, kochany. Scarlett jedynie pokiwała głową. – Dasz radę wstać o własnych siłach? – zadał kolejne pytanie.
- Tak. Przecież nic wielkiego mi się nie stało, poza paroma siniakami. – odpowiedziała i uśmiechnęła się w stronę chłopaka.
- Jestem Louis, a to Liam. – zaczął chłopak ubrany w białą koszulkę z granatowymi paskami i włosami pozostawionymi w nieładzie.
- Jessica, a to moja przyjaciółka Scarlett. – przedstawiłam siebie i powoli wstającą brązowowłosą.
Od symulowanego przeze mnie upadku szatynki, zaczęła się nasza rozmowa. Może nie trwała ona zbyt długo, ale przez czas jej trwania, zdążyłam dowiedzieć się, że chłopcy całą piątką zamieszają obok nas, przynajmniej przez okres wakacji. Podczas pobytu w Los Angeles będą pracowali nad resztą piosenek z płyty Take Me Home.
Spoglądając tak jeszcze przez chwilę w lusterko mojej toaletki, zauważyłam, że nie jestem sama, na co nie zwróciłam wcześniej uwagi, przez skoncentrowanie całej swojej uwagi na czynności, wykonywanej przed momentem.
- Czego chcesz?! – spytałam Chealsy, ze śmiechem. – Rodzicie ci nie mówili, że nie ładnie jest się zakradać do czyjegoś pokoju? – dodałam po chwili, odwracając się do niej przodem.
- Widocznie to przeoczyli. – powiedziała, wzruszając ramionami. – A tobie nie powiedzieli, że dla każdego człowieka trzeba był miłymi, a w szczególności do najlepszej przyjaciółki?
- Przecież zawsze jestem miła dla Rosalie i Scarlett. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby się na to żaliły. – odpowiedziałam na pytanie zadane przez blondynkę i wytknęłam jej język.
- Dobrze! Nie będę się do ciebie w ogóle odzywać! – oznajmiła, ledwo co powstrzymując śmiech i robiąc naburmuszoną minę, wyszła z mojego królestwa, trzaskając drzwiami.
- Dla mnie bomba! – odkrzyknęłam. Niedługo mi dane było czekać na reakcję ze strony jednej z moich współlokatorek.
- Będziesz małpo czegoś kiedyś chciała! – na wypowiedziane przez nią słowa, zaśmiałam się pod nosem i ostatni raz spoglądając w lustro, wstałam z krzesła i podążyłam w kierunku drewnianych drzwi.
Woń smażonych naleśników, roznosiła się nie tylko w kuchni. Już schodząc krętymi schodami, dobiegł mnie ten miły dla nosa zapach, który od razu sprawił, że poczułam jeszcze większą potrzebę spożycia najważniejszego posiłku dnia. Przekraczając próg kuchenny, rozkoszując się intensywniejszym, niż w pozostałych częściach domu, zapachem, rozglądnęłam się dokładnie po pomieszczeniu. Siedząca na kuchennym blacie Scarlett, zawzięcie rozmawiała o czymś z Rosalie, która z kolei smażyła uwielbiany przez całą naszą czwórkę przysmak. Jedyną osobą jaka zauważyła, że weszłam do pomieszczenia była Chealsy, która patrzyła na mnie z przymrużonymi oczyma, robiąc przy tym dziwne miny.
Niebo w gębie. To były jedyne, trafne słowa opisujące co czułam z każdym kolejnym kęsem. Zresztą, kto by się oparł takim słodkością jak czekolada, delikatna dla podniebienia, bita śmietana z kawałkami bananów i truskawkami?
Wypowiadając zwykłe dziękuję, wstałam od stołu i wkładając talerz do zmywarki, skierowałam się w stronę holu, gdzie po dojściu założyłam czarne balerinki i już chciałam wychodzić, gdy dobiegł mnie głos Scarlett.
- Idziesz się przejść? – spytała, a ja skinęłam lekko głową. – W takim razie, jeśli nie masz nic przeciwko, dotrzymam ci towarzystwa. – powiedziała, a ja uśmiechnęłam się do niej lekko.
- I jak ci się podoba w Los Angeles? – zadałam pytanie, kiedy przeszłyśmy granicę naszej posesji.
- Prawda jest taka, że z początku tęskniłam za Nowym Jorkiem, znajomymi, a także rodziną, jednak cały czas cieszyłam się ze wspólnego mieszkania z wami. Poza tym po upływie miesiąca przyzwyczaiłam się do kalifornijskiego klimatu Los Angeles oraz śpiewania Chealsy pod prysznicem. – powiedziała, po czym obie zaśmiałyśmy się.
Dobrze jest mieć przy sobie najlepszych przyjaciół, chociaż zawsze trudno jest ich znaleźć, a następnie określić, czy jest to godna osoba, której powierzysz najskrytsze sekrety, a także wyżalisz się z każdego, nawet najbanalniejszego, problemu, jak również podzielisz się swoim uśmiechem. Osobiście, sama uświadamiam to sobie każdego dnia, nawet pod czas zwykłego spaceru po najbliższej okolicy.
- Ziemia do Jess! – usłyszałam w moim lewym uchu, dobrze znany mi głos Scarlett, który przerwał moje rozważania na temat dotyczący zarówno jej, mnie oraz nieobecnych z nami dziewczyn.
- Co się stało? – spytałam i odwracając głowę w jej stronę spoglądnęłam na przyjaciółkę.
- Spójrz. Czy idący przeciw nam dwaj chłopcy, nie należą czasem do ubóstwianego przez ciebie zespołu? – zadała pytanie, prawie, że szepcząc. Delikatnie odwróciłam głowę, tym samym spoglądając przed siebie. Rzeczywiście! Ku nam zmierzali Louis i Liam. Radość, która rozpierała mnie od środka, była w tym momencie czymś nie do opisania. W końcu, po przejściu paru metrów, czekało jedno z moich największych, któremu los dał szansę się spełnić, co w dużym stopniu zależało teraz tylko i wyłącznie ode mnie.
- Wybacz Scarlett. – szepnęłam przyjaciółce, nawet na nią nie spoglądając. Szatynka nawet nie zdążyła spytać o co mi chodzi, gdyż potykając się o, dyskretnie podstawioną jej moją nogę, wylądowała na ziemi. – Scarlett! Nic ci nie jest? – spytałam, z udawaną troską. Nie minęły dwie sekundy, kiedy przy nas zjawili się dwaj przystojni chłopcy, z nieukrywaną chęcią pomocy.
- Wszystko w porządku? – spytał Liam, przykucając przy dziewczynie. Cały on. Czuły, troskliwy, kochany. Scarlett jedynie pokiwała głową. – Dasz radę wstać o własnych siłach? – zadał kolejne pytanie.
- Tak. Przecież nic wielkiego mi się nie stało, poza paroma siniakami. – odpowiedziała i uśmiechnęła się w stronę chłopaka.
- Jestem Louis, a to Liam. – zaczął chłopak ubrany w białą koszulkę z granatowymi paskami i włosami pozostawionymi w nieładzie.
- Jessica, a to moja przyjaciółka Scarlett. – przedstawiłam siebie i powoli wstającą brązowowłosą.
Od symulowanego przeze mnie upadku szatynki, zaczęła się nasza rozmowa. Może nie trwała ona zbyt długo, ale przez czas jej trwania, zdążyłam dowiedzieć się, że chłopcy całą piątką zamieszają obok nas, przynajmniej przez okres wakacji. Podczas pobytu w Los Angeles będą pracowali nad resztą piosenek z płyty Take Me Home.
*Oczami Rosalie
Jak znam Jess, jeszcze tak tryskającej szczęściem,
jej nie widziałam. Po powrocie z dość długiego spaceru, pierwszym co zrobiła,
było obdarowanie zarówno mnie jak i Chealsy paroma miłymi komplementami, a
następnie poinformowanie nas o przyjściu gości, czyli nowo poznanych znajomych,
których tożsamość była wielką tajemnicą, a wyjawienie jej groziło śmiercią z
rąk szatynki.
- Niesamowite! – skwitowała zachowanie naszej przyjaciółki, Chealsy. – O co tak w ogóle tutaj chodzi?! – spytała blondynka, siadając na białym fotelu pomiędzy mną a Scarlett, do której skierowane było to pytanie. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, po czym wypuściła ze świstem powietrze nosem i już chciała odpowiedzieć na pytanie, kiedy w salonie z powrotem zjawiła się Jessica, tylko z tą różnicą, że w towarzystwie piątki młodych chłopaków. Zarówno ja, jak i Chealsy z uwagą i ze skupieniem, przyjrzałyśmy się kolejno, każdemu z osobna. Wśród całej gromadki, dostrzegłam dobrze znaną mi twarz, która prawie, że w ogóle się nie zmieniła.
Po moim policzku spływały gorzkie łzy, jedna po drugiej. Unikając spotkania wzrokowego, wlepiłam spojrzenie na jasną pochodnię latarni, jedynego źródła światła najbliższego otoczenia. Poza bólem jaki sprawiły mi wypowiedziane przez stojącego naprzeciw mnie chłopaka słowa, cały czas czułam na sobie jego wzrok.
- Tak będzie lepiej. – dopowiedział. – Żegnaj Rosalie. – dodał i ostatni raz, delikatnie całując mnie w mokry policzek, odwrócił się i ruszył przed siebie. A ja? Roztrzęsiona stałam i wpatrywałam się w oddalającą postać kogoś, kogo tak bardzo kochałam i nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Osoby, która pomogła mi stanąć na nogi, swoją obecnością wyciągnęła mnie z bagna rzeczywistości i była motywacją do dalszego funkcjonowania. A teraz? Zostawił mnie pod pretekstem poświęcenia się tylko i wyłącznie karierze.
- Chyba dla ciebie. – wyszeptałam, kiedy zniknął mi z pola widzenia.
Na
kilka godzin przed osiemnastą, w domu ruszyły wielkie porządki, w czasie
których nie obyło się bez pouczeń naszej przyjaciółki, co oznaczało, że owi
goście musieli być w mniemaniu Jess, wyjątkowi.
Trzy minuty przed umówionym czasem spotkania, po
całym domu rozniósł się, niezbyt przyjazny dla uszu, dźwięk dzwonka.
- Zachowujcie się według danych wam przeze mnie rad,
bo skończycie jak stare panny z niezliczoną ilością kotów, o ile was wcześniej
nie zabiję. – zagroziła Jess i przyozdabiając swoją twarz delikatnym uśmiechem,
ruszyła w kierunku przedpokoju.- Niesamowite! – skwitowała zachowanie naszej przyjaciółki, Chealsy. – O co tak w ogóle tutaj chodzi?! – spytała blondynka, siadając na białym fotelu pomiędzy mną a Scarlett, do której skierowane było to pytanie. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, po czym wypuściła ze świstem powietrze nosem i już chciała odpowiedzieć na pytanie, kiedy w salonie z powrotem zjawiła się Jessica, tylko z tą różnicą, że w towarzystwie piątki młodych chłopaków. Zarówno ja, jak i Chealsy z uwagą i ze skupieniem, przyjrzałyśmy się kolejno, każdemu z osobna. Wśród całej gromadki, dostrzegłam dobrze znaną mi twarz, która prawie, że w ogóle się nie zmieniła.
Po moim policzku spływały gorzkie łzy, jedna po drugiej. Unikając spotkania wzrokowego, wlepiłam spojrzenie na jasną pochodnię latarni, jedynego źródła światła najbliższego otoczenia. Poza bólem jaki sprawiły mi wypowiedziane przez stojącego naprzeciw mnie chłopaka słowa, cały czas czułam na sobie jego wzrok.
- Tak będzie lepiej. – dopowiedział. – Żegnaj Rosalie. – dodał i ostatni raz, delikatnie całując mnie w mokry policzek, odwrócił się i ruszył przed siebie. A ja? Roztrzęsiona stałam i wpatrywałam się w oddalającą postać kogoś, kogo tak bardzo kochałam i nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Osoby, która pomogła mi stanąć na nogi, swoją obecnością wyciągnęła mnie z bagna rzeczywistości i była motywacją do dalszego funkcjonowania. A teraz? Zostawił mnie pod pretekstem poświęcenia się tylko i wyłącznie karierze.
- Chyba dla ciebie. – wyszeptałam, kiedy zniknął mi z pola widzenia.
Poczułam delikatne ukłucie, gdzieś w okolicach klatki piersiowej. Nie sądziłam, że kiedyś w ogóle się jeszcze spotkamy i szczerze powiedziawszy, nie chciałam tego. Było to równoznaczne z napływem niechcianych wspomnień, nasiąkniętych na wylot bólem i smutkiem. Czy jego obecność równała się powrotem do szarej rzeczywistości?
W pewnym momencie, po upływu niecałych dwóch lat, nasze spojrzenia znów się spotkały. On patrzył w moje, a ja w jego, w których widniało nieukrywane zdziwienie.
- Rosalie?! – spytał, lekko uśmiechając się do mnie. Wszystkie pary oczu znajdujące się w tym pomieszczeniu, skierowane zostały w moją stronę. – Tak dawno cię nie widziałem. – dodał.
- To wy się znacie?! – spytali jednocześnie Jess i chłopak z loczkami.
- Tak. – odpowiedziałam. – Z Zaynem poznaliśmy się jakiś czas temu. – oznajmiłam.
Na początku przyjaciele naszej dwójki domagali się większych wyjaśnień, jednak zauważając naszą wzajemną niechęć do odkopywania rozdziału naszej znajomości, na chwilę obecną odpuścili i postanowili zagospodarować czas spędzony u nas na bliższe poznanie się. Nie powiem, wydali się być całkiem mili. Wracając jednak do mojej tajemnicy, zdawałam sobie sprawę, że dziewczyny będą chciały poznać prawdę i w tedy nie odpuszczą, a ja przyparta do muru, nie mająca innego wyboru, opowiem im historię o niejakiej Rosalie Montgomery i Zayna Malika.
***
Witajcie moje kochane ;* Bardzo, ale to bardzo Was
przepraszam, po pierwsze za to, że nie dodawałam nic od dwóch tygodni oraz za
beznadziejność kolejnego rozdziału. Nie wyszedł po mojej myśli, ale w tak
długim odstępie czasu bez pisania, trudno było mi cokolwiek stworzyć. Mogę
jedynie przysiąc, że się starałam. W każdym razie obiecuję, że następny będzie
lepszy. Tak więc tajemniczym chłopakiem okazał się Zayn i miało tak być od
samego początku, ale nie chcąc psuć Wam niespodzianki, napisałam abyście nie
sugerowały się szablonem. Jesteście ciekawe reakcji pozostałych dziewczyn? Jak
myślicie, czy przez to mogą wywołać się jakieś konflikty? Mogę jedynie
powiedzieć, że dowiecie się w następnym rozdziale. Chciałabym Was prosić o
wyrażanie swojej opinii w komentarzu, bo po pierwsze chciałabym się dowiedzieć
dla ilu tak naprawdę osób piszę, poznać Wasze zdanie, czy sensem jest moja
dalsza ,,kariera’’ pisarska, a tak poza tym również szukam motywacji. Obiecuję,
że nadrobię zaległości na Waszych blogach, zarówno już czytanych przeze mnie,
jak i na te co zostałam zaproszona. Oczywiście musiały mi się narobić przez
brak czasu i tu również obiecuję poprawę. Do zobaczenia w kolejnym rozdziale :*
