sobota, 9 lutego 2013

Rozdział 3


          Serce waliło mi ja oszalałe, a całe ciało trzęsło się ze strachu jak galareta. Po niecałej minucie czekania, która dłużyła się nie niemiłosiernie, drzwi zostały otwarte na oścież, a w progu stanęła dość  wysoka kobieta, drobnej budowy. Miała piegowatą twarz, duże zielone oczy, kształtem przypominające migdały, oraz rude włosy ułożone w delikatne fale, sięgające po ramiona. Wyglądała na osobę po trzydziestce. Z przedniej kieszeni jeansów wyciągnęłam już dość zmiętą fotografię, przedstawiającą moją mamę i ciotkę. Przyglądnęłam się uważnie postaci przede mną i na zdjęciu. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć uderzające podobieństwo między nimi. Czyli udało się, odnalazłam ją. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Obie przyglądałyśmy się sobie wzajemnie z nieukrywaną ciekawością. Chciałam się odezwać, ale strach sparaliżował zarówno moje ciało, jak i język.
- Dobry wieczór. – kobieta postanowiła zacząć rozmowę. – Mogłabym w czymś pomóc? – spytała, ukazując rząd swoich białych zębów, dodając mi tym gestem odrobiny otuchy.
- Dobry wieczór. – wyjąkałam z trudem. – Czy mam przyjemność z panią Lisą Montgomery? – zadałam pytanie, uśmiechając się blado. W mojej głowie od razu pojawiło się setki czarnych scenariuszy, przez co nie mogłam spokojnie myśleć. Chociaż próbowałam, nie dałam rady nad tym zapanować.
- Zgadza się. – odpowiedziała. Zauważyłam, że odkąd mnie ujrzała stojącą pod jej drzwiami, cały czas bacznie mi się przyglądała, oglądając od góry do dołu, jednak dłuższą uwagę skupiając na twarzy. – Czy coś się stało? – spytała z troską.
- Nie wiem jak mam to powiedzieć. To dość skomplikowane. – odpowiedziałam. Zawahałam się przez moment. Bałam się, że mnie odrzuci i cała ta przeprowadzka do Nowego Jorku okaże się na nic, skoro właśnie jej odnalezienie było moim priorytetem. Jednak będzie co ma być. Zacisnęłam dłonie w pięści i biorąc głęboki wdech, podałam Lisie trzymaną w lewej ręce fotografię. Kobieta popatrzyła najpierw na nią, a potem na mnie. Jej oczy momentalnie napełniły się łzami.
- Jesteś do niej taka podobna. – powiedziała rozklejając się na dobre, lecz z jej twarzy ani na sekundę nie zszedł uśmiech. Prędko podeszła bliżej mnie i mocno do siebie przytuliła. Stałyśmy w takiej pozie przez kilka dobrych minut, aż w końcu ciocia rozluźniła uścisk. – O ile dobrze pamiętam, masz na imię Rosalie, prawda? – spytała, a ja w ramach odpowiedzi kiwnęłam twierdząco głową. – Może wejdziemy do środka? – zaproponowała znacznie weselej. – Nie będziemy przecież moknąć. – dodała. Nie czekając na moją odpowiedź, chwyciła mnie za rękę i wciągając do swojego mieszkania, zamknęła drzwi. Stałyśmy w malutkim holu, z białymi ścianami i tego samego koloru płytkami, tak czystymi, że dało się w nich przejrzeć. Zdjęłam ze stóp czerwone trampki i poszłam za ciocią do salonu. Było to ogromne pomieszczenie z ciemnoszarymi ścianami. Podłoga wyłożona była panelami, których część okrywał biały dywan. Na samym środku stał duży, popielaty narożnik z czarnymi i beżowymi poduszkami. Przed nim stała szklana ława, na której leżało pisemko o modzie, flakon z czerwonymi różami oraz świeczki. Na całej tylnej ścianie rozciągał się drewniany kredens z przeróżnymi książkami, zaczynając od słowników i encyklopedii, a kończąc na powieściach. Z sufitu zwisała lampa z czarnym abażurem. Okna przysłaniały beżowe zasłony i cieniutkie, białe zasłony. – Napijesz się czegoś? – spytała mnie ciocia Lisa, kiedy obie siedziałyśmy na narożniku.
- Poproszę. – odpowiedziałam, obdarzając ją uśmiechem, który odwzajemniła. Śledziłam ją wzrokiem, do momentu kiedy zniknęła za ścianą. Chwilę później wróciła do pomieszczenia niosąc dwa kubki.
- Proszę bardzo. – odpowiedziała, podstawiając mi pod nos gorące cappuccino. Podziękowałam i idąc w ślady rudowłosej kobiety, upiłam łyk napoju.
- Co cię sprowadza do Nowego Jorku? – spytała, kiedy odłożyła naczynie na umiejscowioną przed nami ławę.
- Głównie to w celu odnalezienia ciebie. – odpowiedziałam.
- A co na to twoja matka? Wie, że u mnie jesteś? – zadała kolejne pytanie, tylko tym razem szeroko się uśmiechając. Z jej miny dało się wyczytać, że nad czymś myśli. Już chciałam jej odpowiedzieć, jednak była szybsza. – Mamy dwutysięczny dziesiąty rok, a ja jej tak dawno nie widziałam. Tak na marginesie, co u niej słychać? – mówiła i pytała nie dając mi szansy odpowiedzieć na żadne z poprzednich.
- Zmarła dziesięć lat temu. – powiedziałam niemalże niedosłyszalnie. Każde jej wspomnienie wiele mnie kosztowało, mimo, że nie żyła już od dawna. Popatrzyłam współczująco na ciocię Lisę. Jej twarz w tak krótkim czasie przybrała smutny wyraz, a po policzkach zaczęły spływać strumienie łez. – Przykro mi. – dodałam szeptem.
- To niemożliwe. Wszystko co mówisz nie może być prawdą. – powtarzała do siebie półgłosem, błądząc ślepo spojrzeniem po pomieszczeniu. Nie zwlekając ani chwili dłużek, przybliżyłam się do kobiety i przytuliłam ją. – Nie zdążyłam się z nią pożegnać, a co najważniejsze pogodzić. Zwlekałam z tym piętnaście długich lat, a wszystko to przez swoją wyniosłość i upór. Nigdy sobie tego nie wybaczę. – kiedy skończyła, delikatnie przetarła rękawami od swojego swetra oczy. Na chwilę w pomieszczeniu zapanowała cisza. Rudowłosa zapewne układała to sobie wszystko w głowie. – Co było powodem jej śmierci? – spytała po paru minutach milczenia. – Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek na coś poważniejszego chorowała. – dodała.
- Wszystko było dobrze. Jak co wieczór położyła się spać, lecz następnego ranka już nie wstała. Zmarła tak niespodziewanie. – powiedziałam, sama roniąc jedną łzę, którą szybko starłam.
- Miałaś zaledwie sześć lat, kiedy zostałaś sierotą. – powiedziała tak jakby do siebie. – Co się później z tobą działo? – spytała, cały czas bacznie mi się przyglądając. Jej oczy nadal były zaszklone, twarz nie przybrała żadnego wyrazu, a usta lekko drżały.
- Nie utrzymywałyśmy z żadnym z krewnych bliższych kontaktów, dlatego nie miał się mną kto zaopiekować. Zresztą czasy były ciężkie i nikt nie potrzebował kolejnych wydatków. Po śmierci mamy zostałam umieszczona w sierocińcu. Początki były trudne, ale z biegiem czasu zaaklimatyzowałam się tam. Siostry, ksiądz czy też tamtejsze dzieciaki zastąpiły mi rodzinę. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Miejsce, gdzie znajdowało się moje schronienie, zostało zakupione w celu przerobienia na pole golfowe, a nas mieli poumieszczać w różnych innych sierocińcach oddalonych od Londynu. Nie chciałam opuszczać miasta i grobu mamy, dlatego spakowałam swoje rzeczy i uciekłam. Parę dni byłam skazana na tułaczkę po ulicach, głodna, brudna, zmarznięta. I pewnie bym tak dalej żyła, lub umarła w tych warunkach, gdyby nie jedna pani, właścicielka baru, która zapewniła mi dach nad głową i dała posadę kelnerki. W tym czasie zdążyłam się zakochać. – przerwałam na chwilę. Do mojej głowy napłynęły wszystkie związane z nim wspomnienia. Mimo, że źle mnie potraktował, dalej było mi trudno. – Najpierw łączyła nas jedynie przyjaźń, lecz potem przerodziło się to w coś zupełnie innego. Byłam naprawdę szczęśliwa, odżyłam po śmierci mamy, uśmiech non stop gościł na mojej twarzy, tylko, że jego też straciłam. Zerwał ze mną po kilku pięknych miesiącach spędzonych razem. W tedy już nic nie trzymało mnie w Londynie. Tam tylko napływały do mnie smutne wspomnienia, towarzyszące mi przez cały czas i mimo wielu prób, nie dało się ich odpędzić. Za ostatnie pieniądze kupiłam bilet lotniczy do Nowego Jorku, można rzecz nowego i lepszego życia. – czułam łzy, które napłynęły do moich oczu w trakcie opowiadania cioci, jak spędziłam ostatnie piętnaście lat. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Rudowłosa wpatrywała się we mnie. W pewnym momencie przytuliła mnie do siebie. Właśnie tego w teraz potrzebowałam najbardziej.
- Cieszę się, że jesteś. – powiedziała, co wywołało na mojej twarzy delikatny uśmiech, a po policzku spłynęła kolejna dzisiejszego popołudnia łza, tylko, że tej nie starłam. – Głuptasie! Czemu płaczesz? – spytała, jednocześnie podśmiechując się pod nosem.
- Ze szczęścia. – tylko te dwa słowa byłam w stanie wypowiedzieć, bo rozkleiłam się na dobre. – Dawno nie czułam się potrzeba. – wyjąkałam, a ciocia wolną ręką pogładziła mnie po moich blond włosach.
- Dobrze, że przyleciałaś. Nie dość, że jest to czymś w rodzaju oderwania się od starego życia, które nie należało do najszczęśliwszych, to nie będę musiała już dłużej sama mieszkać. – oznajmiła z szerokim uśmiechem.
- Chcesz, abym z tobą zamieszkała? – spytałam znacznie żywiej, na co w odpowiedzi zaczęła kiwać twierdząco głową. – Dziękuję! Naprawdę dziękuję! To bardzo wiele dla mnie znaczy! – byłam szczęśliwa, że okazało się, iż mój przyjazd w cale nie zdał się na marne. Wewnątrz mnie zaczęła rodzić się nadzieja, że faktycznie zażegnałam ból i smutek, a moje życie wypełni radość.
- A tak w ogóle gdzie podziały się twoje rzeczy? – zapytała i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.
- Zostawiłam je u takiej dziewczyny, która wraz ze swoją rodziną dała mi schronienie przed deszczem oraz dzięki nim odnalazłam ciebie. – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Wstawaj. Pojedziemy po twoje rzeczy. – zarządziła ciocia. Zeszłam z narożnika i udałam się do przedpokoju, gdzie założyłam na nogi moje czerwone trampki, wiążąc je luźno. Kiedy obie byłyśmy gotowe, wyszłyśmy na zewnątrz. W dalszym ciągu od dnia wczorajszego, niebo nie ustępowało i zsyłało na ziemię coraz to więcej zimnych kropel deszczu. Rudowłosa zamknęła mieszkanie i pośpiesznie zeszła po schodach, a ja zaraz za nią. Stanęła dopiero przy zaparkowanym przy krawężniku małym samochodzie. Wyciągnęła z torebki klucze i otworzyła pojazd, do którego wsiadłyśmy i zapięłyśmy się pasami, a chwilę później ruszyłyśmy w drogę. Przez cały czas ją pilotowałam, gdzie ma jechać. Na moje szczęście zapamiętałam drogę do domu Chealsy. Po paru minutach dojechałyśmy na miejsce.
- Zatrzymaj się. To tutaj. – oznajmiłam, wskazując na właściwy dom. Odpięłam pasy bezpieczeństwa i wyszłam z samochodu. – Ciociu, zaraz wrócę. – poinformowałam kobietę, siedzącą na miejscu kierowcy.
- Nie śpiesz się. – powiedziała, uśmiechając się do mnie. Już miałam iść w stronę domu mojej koleżanki, lecz rudowłosa kobieta ponownie się do mnie zwróciła. – Nie mów do mnie ciociu, bo czuję się strasznie staro. Wolałabym, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. – oznajmiła. - Oczywiście, jeśli tylko nie sprawia ci to żadnego problemu. – dodała, a ja od razu stanowczo zaprzeczyłam i posyłając jej uśmiech, skierowałam się w stronę żółtego domu. Kiedy stałam pod drzwiami, lekko w nie zastukałam. Nie czekałam długo. Po chwili uchyliły się, a w nich stanęła bordowo włosa. Kiedy tylko mnie zobaczyła, przepuściła mnie przez próg.
- No i jak?! – zapytała energicznie, kiedy znajdowałyśmy się już w środku.
- Rosalie! – w przedpokoju zjawili się również państwo Jones. – Jak ci poszło? Nie było cię przez tyle czasu, że zaczynaliśmy się już martwić, a Chealsy szczególnie.
- Świetnie. – odpowiedziałam z entuzjazmem. – Poopowiadałyśmy oraz powspominałyśmy sobie. Lisa zaproponowała mi, abym z nią zamieszkała! – rzuciłam.
- To wspaniale! – odrzekł pan Jones. – Bardzo się cieszymy, że udało ci się dogadać z ciocią. – dodał. W pomieszczeniu zapanowała cisza, pod czas której każdy obdarowywał mnie uśmiechem. Nie czekając chwili dłużej podeszłam do każdego z nich i przytuliłam w ramach podziękowania, a szczególnie blondynkę.
- Dziękuję wam za to, że mi pomogliście, a nie w cale musieliście. – powiedziałam. – A tobie Chealsy szczególnie. Gdyby nie ty pewnie w dalszym ciągu błąkała się pośród nowojorskich ulic, których w ogóle nie znam.
- Drobiazg. – odpowiedziała, uśmiechając się od ucha do ucha. – Mam nadzieję, że nasza znajomość nie skończy się na dzisiejszym dniu i niedługo się zobaczymy. – dodała, kiedy stałam z walizką gotowa do wyjścia.
- Też mam taką nadzieję. – powiedziałam. – Jak coś to wiesz gdzie mnie szukać.
- Ty również. – pożegnałam się ze wszystkimi. Ciągnąc za sobą bagaż podeszłam pod samochód, a chwilę później siedziałam przypięta pasami, jadąc przez osiedle domków jednorodzinnych. Jak na Nowy Jork, który ledwo co zdążyłam poznać, ulice nie były zbytnio zapełnione. Niedługo dojechałyśmy pod nasz dom. Od razu po wejściu do mieszkania, ciocia zaprowadziła mnie do mojej nowej sypialni. Było to przytulne pomieszczenie z czerwoną tapetą w kropki i podłogą w postaci klasycznych paneli. Przy jednej ścianie stała biała wersalka. Za nią znajdowała się szafka nocna ze szklaną, małą, czerwoną lampką i kaktusem wypuszczającym żółte kwiaty oraz budzikiem. Po drugiej stronie stała szafa, łącząca się z biurkiem, do którego dosunięte było krzesło. Podłogę okrywał biały, puchowy dywanik. Do ścian poprzybijane były fotografie przedstawiające różne miejsca Londynu oraz zdjęcie mojej mamy i cioci, te same, które zaważyło o mojej decyzji opuszczenia Anglii.
- I jak? Podoba ci się? – spytała ciocia, kiedy już zdążyłam rozejrzeć się po pomieszczeniu. - Jeśli nie, zawsze można zmienić wystrój. – dodała.
- Nie ma takiej potrzeby. Jest idealnie. – odpowiedziałam. Resztę dzisiejszego wieczoru spędziłam na rozmowie z Lisą, która pomagała mi przy rozpakowywaniu rzeczy. Kiedy skończyłyśmy, od razu położyłam się spać. Byłam zmęczona, więc szybko zasnęłam, lecz tym razem na mojej twarzy gościł szeroki uśmiech. Pierwszy raz od kilku lat nie musiałam się martwić, co pokarze jutrzejszy dzień.
***

Cześć kochane! Na samym początku chciałabym Was bardzo, ale to bardzo przeprosić za tak długą przerwę pomiędzy rozdziałami - biedne musiałyście czekać na nowy około dwóch tygodni, jak nie więcej - oraz za jego beznadziejność, a także za to, że zaniedbałam Wasze blogi. Obiecuję, że jak jutro tylko się obudzę i zrobię ćwiczenia z biologii, zabieram się za czytanie i pozostawienie długich jak na moje możliwości komentarzy. Nie jestem fanką, aż tak wielu dialogów, ale Rosalie musiała sobie wszystko wyjaśnić z ciocią. Jednak obiecuję Wam, iż następny rozdział będzie o niebo lepszy - przynajmniej będę się starała. Korzystając z okazji, chciałabym Wam bardzo podziękować, za tak wiele komentarzy pod rozdziałem drugim - to naprawdę motywuje do pisania. Tak więc pozostawiajcie po sobie ślad, chociażby w postaci jednego słowa - pozytywnego lub niekoniecznie - a ja postaram się napisać arcydzieło. Pozdrawiam ;*